|
Andrzej Rozbicki Stanislaw Stolarczyk "Zwiazkowiec", Toronto, Maj 2001
Dyrygent chórów i orkiestr symfonicznych. Instrumentalista. Absolwent Akademii Muzycznej im.
Fryderyka Chopina w Warszawie, gdzie uzyskal dwa magisterskie dyplomy: pedagogiczny i instrumentalny (fagot). Studiowal takze w Maastricht Conservatory (Holandia) i Michigan State University (USA). W
1984 roku byl dyrygentem Bremen Symhony Orchestra (Niemcy). W Kanadzie od 1985 roku. Byl, miedzy innymi, dyrygentem Brampton Symphony Orchestra, Chóru "Harfa" w Mississauga, Chóru
"Symfonia" w Hamilton. Od kilku lat jest wykladowca muzyki w Bishop Marrocco/Thomas Merton High School w Toronto, szefem i dyrygentem Celebrity Symphony Orchestra w Toronto oraz organizatorem
widowisk muzycznych w Kanadzie i USA, w tym takich jak: "Nieszpory Ludzmierskie", "Warsaw Concerto", "Orawa", "Gwiazdy polskiej opery i operetki", "Chopin
Celebration", "The Best of Ochman", "From Opera to Broadway".
- Moja przygoda z muzyka jest bardzo dluga. Zaczalem jako dwuletni, moze trzyletni chlopiec, który zawsze
kiedy ojciec wyciagal akordeon, chowal sie do duzego futeralu. Pózniej ten sam akordeon, trzymajac na kolanach, przyslania mi caly swiat i szczebel po szczebelku… szczebel po szczebelku pialem sie coraz
wyzej. Jestem z tych, którzy jak juz cs zaczna, to musza swego dopiac…
Rodzina muzykujaca Andrzej Rozbicki urodzil sie w Lidzbarku Warminskim, gdzie zaraz po wojnie, opusciwszy zniszczona
Warszawe, rodzice szukali latwiejszego chleba. - Ojciec od switu do zmroku pracowal w miejcowych zakladach mleczarskich jako specjalista od robienia serów - wspomina dyrygent - natomiast wieczorem,
po krótkim odpoczynku siegal po akordeon lub skrzypce i zaczynal grac. Najpierw sam, a pózniej jak skrzykneli sie w kilku, stworzyli zespól, który - jak to sie popularnie mówi - rznal od ucha do ucha
skoczne poleczki, walczyki, oberki… Andrzej mówi z duma o swoim pierwszym nauczycielu muzyki, czyli o ojcu. To dzieki niemu, zaczal pózniej uczeszczac do miejscowego Ogniska Muzycznego, gdzie pod
bacznym okiem instruktorów kontynuowal lekcje gry na akordeonie i rozpoczal nauke na fortepianie. - Na pierwsze lekcje gry na fortepianie, ojciec zabral nie tylko mnie, ale i moja siostre, która po
kilku lekcjach wzorowo przerabiala palówki pod bacznym okiem nauczycielki. Gorzej bylo ze mna - smieje sie Andrzej Rozbicki. - W tym czasie uwielbiaem grac w pilke nozna. Na lekcje przychodzilem wiec
spocony i czesto utytlany w blocie. Edukacja moja zaczynala sie wiec od "lania po lapkach" i od mycia i to dokadnie mydlem, które lezalo na koncu klawiatury. Z czasem Andrzej tak
przesiakl muzyka, ze nie wyobraza sobie kontynuowania nauki bez ciaglego cwiczenia na fortepianie czy jego ulubionym akordeonie. Niestety, rodziców nie stac bylo wówczas na wyslanie mlodego i dobrze
zapowiadajacego sie syna do któregos z miast wojewódzkich, gdzie byly szkoly muzyczne. Andrzej niejako z koniecznosci poszedl wiec do miejscowego Liceum Pedagogicznego. W Lidzbarku Warminskim tylko tam
byly lekcje muzyki. - Liceum to zadecydowalo o moim zyciu - ocenia z dzisiejszej perspekty Andrzej Rozbicki.
Trzy dyplomy
Kiedy Andrzej byl w pierwszej klasie licealnej, rodzice postanowili wrócic na ojcowizne, pod Warszawe. - Nie mialem wyjscia, musialem przeniesc sie do Liceum Pedagogicznego w Warszawie - mówi nie bez
zalu Andrzej Rozbicki. - Tutaj jednak, namówiono mnie na rozpoczecie… szkoly podstawowej… - Andrzej Rozbicki, który z natury jest niezwykle pogodnym czlowiekiem i bardzo lubi zartowac w tym momencie
zawiesil glos i czekal na moja reakcje. - Szkoly podstawowej? - zdziwilem sie nie dajac sie nabrac. - Chyba ze muzycznej? - Zgoda - rozesmial sie mój rozmówca. - I tak juz pozostalo do czasu
rozpoczecia studiów akademickich. Najpierw wiec ukonczylem Liceum Pedagodiczne
i wieczorowa szkole podstawowa w Warszawie, a uciekajac przed poborem do wojska, Studium Nauczycielskie w Grodzisku Mazowieckim (równoczesnie uczac sie w wieczorowej sredniej szkole muzycznej). Pózniej dopialem swego. Dostalem sie na Akademie Muzyczna im. Fryderyka Chopina w Warszawie.
Wydawac by sie moglo, ze po pomyslnym zdaniu egzaminów na upragnione i wymarzone przez Andrzeja Rozbickiego studia, skonczy sie ten jego zyciowy dualizm. Nic barziej mylnego. Akademie rozpoczal od
Wydzialu Pedagogicznego, a juz na pierwszym roku, za namowa prof. Kazimierza Piwkowskiego, zaczal, tak jakby mial mialo klopotów, studia na Wydziale Instrumentalnym (fagot). Nie przeniósl sie, tak jak to
zapewne zrobiloby wiekszosc studentów na tego typu uczelni, z jednego bardziej uzytkowego wydzialu na bardziej artystyczny. Ciagnal, chociaz bylo trudno, nauke na dwóch wydzialach. Mial dwa indeksy.
Zdawal podwójne egzaminy… Po latach, kiedy pytam go o czas studiów, wzrusza tylko ramionami: - Zawsze podkreslam i mówie to teraz moim studentom w Toronto, ze jesli sie cos zacznie robic, to nalezy
doprowadzic to do konca. Nigdy nie wiadomo co w zyciu moze sie przydac. Tej swojej zyciowej maksymie zawsze byl wierny. Dlatego tez dzisiaj ma trzy dyplomy magistra sztuki: jeden pedagogiczny, drugi
jako muzyk instrumentalista w klasie fagot i trzeci z Conserwatorium Maastricht w Holandii w klasie dyrygentury.
Dyrygencka przygoda Andrzej Rozbicki, bedac na studiach, zostal zaangazowany
jako dyrygent do prowadzenia orkiestry w Wolominie. - Byla to niby amatorska orkiestra reprezentacyjna miejscowej huty szkla - wspomina Andrzej Rozbicki - amatorska tylko z nazwy, gdyz tak samo jak w
tamtych, pereelowskich czasach, sportowcy, tak i muzycy, byli na ukrytych etatach hutników, magazynierów, etc. Nic wiec dziwnego, ze po kilku miesiacach wspólnej pracy, zdobylismy w naszej kategorii
pierwsze miejsce w kraju. Andrzej Rozbicki jest niczym paczkujace drozdze. Dynamiczny. Pelen nowych pomyslów, które nie czekajac jutra, zaraz realizuje. Kiedy, podczas naszego spotkania wymienilem mu,
wczesniej wynotowane z róznych notatek prasowych, fakty i zaczalem wyliczac: "prowadzenie orkiestry w Domu Kultury w Ursusie, granie w slynnej orkiestrze Rachonia, zalozenie zespolu
folklorystycznego"… - dyrygent przerwal mi za smiechem: - A, gdzie jest o tym, ze bedac na studiach, przez trzy lata, wystepowalem na scenie teatru "Ateneum" w sztuce "Panna Tutli
Putli" z takimi slawami aktorskimi jak Marian Kociniak, Anna Seniuk czy Andrzej Zaorski? - ?! - A tak na powaznie, to przyznam, ze doswiadczenie to bylo dla mnie niezwykle wazne. Mialem zywy
kontakt ze scena, z aktorami, z widzami… W 1981 roku Andrzej Rozbicki wyjechal wraz z kierowana przez siebie reprezenrtacyjna orkiestraa z huty szkla z Wolomina na Swiatowy Konkurs Muzyczny do
Kerkrade w Holandii. Na 48 orkiestr z 25 krajów zajeli drugie miejsce. Nic wiec dziwnego, ze mlody dyrygent chodzil w glorii i chwale. Mial jednak ku temu powody, gdyz dodatkowo Holendrzy zaproponowali
mu muzyczne stypendium. Ale nie tylko oni, bo i jeden z jurorów, dostrzegl talent Andrzeja Rozbickiego. Zaprosil go na tak zwane warsztaty do Górnej Dakoty. Do Stanów Zjednoczonych.
W 1983
roku swiezo upieczony absolwent Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina wyruszyl ku wielkiej przygodzie. - Zanim dotarlem do Stanów Zjednoczonych, mialem przesiadke w Moskwie. Stamtad dotarlem do
Montrealu, gdzie odwiedzilem swojego kumpla. Pózniej pojechaem autobusem do Winnipegu. I dalej w dól do Górnej Dakoty. Przyznam, ze nigdy nie przypuszczalem, ze ta moja wedrówka z plecakiem, w którym
oprócz sportowego ubrania mialem frak i fagot, zakonczy sie… osiedleniem sie w Kanadzie.
Droga do Kanady Po pobycie w Stanach Zjednoczonych, Andrzej Rozbicki, stwierdzil, ze nie jest to dobry
czas na powrót do Polski. W drodze powrotnej, mlody muzyk postanowil wybrac se do Niemiec. W tym celu wykupil bilet przez Moskwe i ówczesny Leningrad do Hamburga.
- W Leningradzie musialem czekac dwa dni na samolot sowieckich linii - mówi i zaraz usmiecha sie na te wspomnienia. - "Pierepustka u was jest?" - zapytal oficer ze sluzby granicznej. - "Oho" - ponmyslalem. - "Klopot". Przetrzasneli mi wszystkie ciuchy, fagot wzieli na przeswietlenie, nuty porozsypywali… Przyznam, ze podczas tej rewizji, najpierw bylem przerazony, ale szybko mi przeszlo. Wtedy tez wpadlen na genialny pomysl: "Przeciez to jest jeden wielki cyrk! - Graj jak bys byl na scenie!". Zaczalem wiec jak na scenie teatru: wolno, grzecznie, chociaz dobitnie,: -"Przepraszam bardzo, ale jestem muzykiem i lece na koncerty do Niemiec, a poniewaz jestem przejazdem i wybralem jako przewoznika wasze linie lotnicze, to przez dwa dni nalezy mi sie hotel i wyzywienie". Tym zadaniem tak ich zbilem z tropu, ze pojednawczym tonem, doradzili: -"Andriej, jak masz jakies pieniadze, to jedz do miasta i tam sobie cos wynajmij".
Dzisiaj Andrzej Rozbicki smieje sie z tej przygody, ale - jak twierdzi - na tamtejszym lotnisku mogla zakonczyc sie jego muzyczna kariera. Wszak wracal od Amerykanów- imperialistów, a lecial do
Niemców-rewizjonistów. Ostatecznie znalazl sie w Bremie, a poniewaz nie lubi bezruchu, wzial swój fagot pod pache i zaczal chodzic po najrózniejszych orkiestrach, oferujac swój talent i umiejetnosci. Na
zatrudnienie dlugo nie czekal. Bremen Symphony Orchestra przyjela go z otwartymi ramionami, w tym samym dniu, w którym sie u nich pojawil. - Dyrygentem tej orkiesty byl starszy jegomosc o nazwisku
Herbert Plumecke, który wówczas cieszyl sie niezwyklym uznaniem, i to nie tylko wsród muzyków, ale i wladz miasta. To dzieki niemu zostalem… niemieckim dyrygentem. A bylo to tak: kiedys na próbie
orkiestry, maestro Plumecke, wiedzac ze zajmowaem sie dyrygowaniem, rzucil od niechcenia: -"Przepraszam, ale musze wyjsc na chwile - zastapi mnie Andrzej". Podszedlem wtedy do pulpitu,
chwycilem paleczke i zaczalem dyrygowac. Nie wiedzialem, ze za plecami zatrzymal sie nasz szef, który zaczal mnie bacznie obserwowac. Pózniej, jak sie okazalo wyszedl, zatelefonowal do miejscowosci
Westerstede, gdzie poszukiwano dyrygenta i, po powrocie na sale koncertowa, oznajmil: "Andrzej, pakuj manatki. Od jutra zaczynasz prace jako dyrygent z Westerstede Symphony Orchestra… Andrzej
Rozbicki nie chcial jednak pozostac w Niemczech, gdzie z czasem polaczyl sie z zona i córka. Pewnego dnia postanowili: "Jedziemy do Kanady".
Chóry, orkiestry i koncerty Dzisiaj
maestro opowiada z wielkim rozbawieniem o tym, jak przyjechal na zaproszenie, sponsorowany przez KPK - Okreg Montreal, jak wysiedli na lotnisku Mirabel, jak nikt po nich nie wyjechal, jak wyladowali w
Toronto, i jak to wzial sobie do serca rade jednego z prezesów, który zapytal nowego imigranta: - Przepraszam, a jaki jest pana zawód? - Jestem muzykiem i dyrygentem. - Ma pan prace?
- Nie, wlasnie szukam jakiejs polonijnej orkiestry. - To po co pan szuka? - zdziwil sie nobliwy pan. - Niech pan sam sobie stworzy chór, albo orkiestre. Bedzie pan mial robote. Mial to byc kiepski
dowcip, ale dla mlodego muzyka rozmowa ta podsunela mu nowy pomysl. Jak to okreslil mój rozmówca "ziarno padlo". Zanim jednak zakielkowalo i wydalo plony, dyrygent prowadzil chór w polskiej
parafii sw. Maksymiliana Kolbe, byl dyrygentem Brampton Symphony Orchestra, dyrygentem Chóru "Symfonia" w Hamilton, pelnil funkcje dyrektora muzycznego Zwiazków Spiewaczych w Ameryce… W 1993
roku w Toronto, pracujac jako nauczyciel wychowania muzycznego w Bishop Marrocco/Thomas Merton High School, zalozyl wlasna czterdziestoosobowa orkiestre - Celebrity Sympony Orchestra. To wlasnie z nia
zaczal urzadzac wspaniale i wielkie widowiska muzyczne, takie jak: "Nieszpory Ludzmierskie" Jana Kanteg Pawluskiewicza, koncerty z udzialem najwybitniejszych polskich spiewaków, takich jak:
Ryszard Wróblewski, Adam Zdunikowski, Boguslaw Morka, Wieslaw Ochman oraz wielki mag sceny operowej i operetkowej Boguslaw Kaczynski. Oto fragment jednej z wielu recenzji. Tym razem pióra Jaroslawa
Abramowa-Newerlego, zamieszczonego po koncercie poswieconego twórczosci Fryderyka Chopina ("Koncert jakiego dawno nie bylo" - "Zwiazkowiec" 2/1999): "Bylismy swiadkami
niecodziennego wydarzenia artystycznego. Niecodziennego, bo rzadko zdarza sie na wielkiej sali koncertowej zgromadzic tak ogromna ilosc publicznosci, nie tylko Polaków, ale co wazne Kanadyjczyków i
zaprezentowac im nasza muzyke na najwyzszym poziomie. Sami znamy jej wartosc, czesto szczycimy sie, ze jestesmy w wielu dziedzinach sztuki lepsi od Kanadyjczyków, sek tylko w tym, ze oni o tym nie
wiedza. W wypadku literatury i teatru jest to zrozumiale. Przeszkoda - bariera jezykowa. Z muzyka jednak powinno byc latwiej. Jej uniwersalny jezyk nie wymaga tlumaczenia. A jednak i tu trudno nam wyjsc
poza wlasne podwórko. Nasi przyjaciele Kanadyjczycy bardzo malo o tych wystepach wiedza. Oczywiscie jest Chopin, ale i jego wielkiego imienia nie potrafimy nalezycie wykorzystac dla promocji rodzimej
sztuki i rodzimych artystów. Dlatego naleza sie slowa, najwyzszego uznania dla Andrzeja Rozbickiego, który w trudnych warunkach polonijnych, potrafi tej sztuki dokonac. Udaje mu sie to dzieki wielkiemu
uporowi, olbrzymiej muzycznej pasji i co najwazniejsze, pomyslowosc. Rozbicki potrafi znalezc sposób na sciaganie do Kanady najwiekszych gwiazd i szerokiej publicznosci. Udowodnil to juz niejednokrotnie.
Tym razem tez dzialal szybko i pierwszy w Kanadzie uroczyscie zainaugrowal 150 rocznice smierci Fryderyka Chopina, slusznie uwazajac, ze to wlasnie nam Polakom wypada zaczac. Mial tez swiatly pomysl, by
w jednym koncercie wystapili slawny mistrz i jego uczen. Udalo mu sie do tego namówic Piotra Palecznego. Piotr Paleczny - wiadomo, wielkie nazwisko polskiej pianistyki, wirtuoz swiatowej klasy,
kiedys laureat Konkursu Chopinowskiego, dzis jego juror. Wtedy uczen profesora Jana Ekiera - dzis nauczyciel akademicki Daniela Wnukowskiego, mlodego, polskiego pochodzenia, wielce utalentowanego
pianisty z Kanady. W ten sposób najlepsza tradycja zostala zachowana i dzieki tej pokoleniowej ciaglosci, polska szkola pianistyczna zawedrowala do Kanady. Czulo sie to wyraznie podczas tego
koncertu. Daniel Wnukowski te wlasnie szkole reprezentowal. Swa mlodziencza gra, zdobyl sobie serca publicznosci. Mimo swoich siedemnastu lat jest juz pianista dojrzalym i rokujacym najwieksze
nadzieje". Mistrz i jego nasladowca - Jesli chodzi o popularyzowanie tak zwanej muzyki powaznej, to zawsze wzorem dla mnie byl ulubieniec publicznosci, gwiazdor Telewizji Polskiej,
autor wielu ksiazek, wybitny menager, twórca slynnych na swiecie festiwali w Lancucie oraz im. Jana Kiepury w Krynicy, Boguslaw Kaczynski - twierdzi Andrzej Rozbicki. - Nasze drogi zeszly sie kilka lat
temu w Nowym Jorku i od tego czasu, juz kilkakrotnie razem wystepowalismy na jednej scenie. W roku 2000, zupelnie przypadkowo, spotkalem Andrzeja Rozbickiego w kawiarni "Telimena" w
Warszawie. Zamówilismy kawe. Wtedy tez go zagadnalem: - Jak doniosla polska prasa w Krynicy odbyl sie XXXIV Festiwal im. Jana Kiepury - Krynica 2000. Dyrektorem artystycznym festiwalu, juz po raz
osiemnasty byl doskonale znany, nie tylko polskiej ale i kanadyjskiej publicznosci Boguslaw Kaczynski. Doniesiono takze, ze na jego zaproszenie gosciem tegorocznego festiwalu byl dyrygent polskigo
pochodzenia, mieszkajacy w Kanadzie - Andrzej Rozbicki... - Prasa to potega! - rozesmial sie wtedy Andrzej Rozbicki. -Wszystko sie zgadza... Wystapilem w koncercie inauguracyjnym pt. „Tu, gdzie
spiewal Jan Kiepura" i dyrygowalem Orkiestra Filharmonii z Zabrza. W tym wielkim koncercie, który wysluchalo ponad 10 000 widzów, wzielo udzial trzech najwiekszych polskich tenorów: Boguslaw Morka,
Dariusz Stachura i znany z wystepów w Toronto Ryszard Wróblewski. Koncert prowadzil jak zwykle ze swada, charyzmatyczny Boguslaw Kaczynski. Tutaj dodam, ze Festiwal im. Jana Kiepury jest jedna z
najstarszych, najwiekszych i najslawniejszych imprez kulturalnych w Polsce i nawiazuje do najpiekniejszych tradycji dziewietnastowiecznej Krynicy, która odwiedzali i uswietniali swoimi wystepami tacy
mistrzowie jak Helena Modrzejewska i Gabriela Zapolska, Ludwik Solski i Mieczyslawa Cwiklinska, Adam Didur i Ada Sari, Jadwiga Smosarska i oczywiscie Jan Kiepura. „W minionym trzydziestoleciu przez
estrade przewinelo sie kilka tysiecy wykonawców, a wsród nich cala plejada prawdziwych gwiazd - to z kolei slowa Boguslawa Kaczynskiego, drukowane w tegorocznym programie festiwalu. - Wystepowali tu
artysci tej miary, co król tenorów - Giuseppe di Stefano, primadonna mediolanskiej La Scali - Seta del Grande, primadonna Metropolitan Opera w Nowym Jorku - Teresa Kubiak, primadonna Opery Wiedenskiej -
Stefania Toczyska, niezapomniana Mira Ziminska i „Mazowsze", Loda Halama, Irena Eichlerówna, Wanda Werminska, Barbara Kostrzewska, Nina Andrycz, Gustaw Holoubek, Wanda Polanska, Grazyna Brodzinska.
No i oczywiscie legenda sceny i filmu - Marta Eggerth". - Uczestniczenie w tej gali, to wielki to dla mnie zaszczyt. Przez osiem dni trwania festiwalu, „mieszkancy Krynicy i kuracjusze mogli
obejrzec opere „Traviata" Giuseppe Verdi, operetke „Ksiezniczke Czardasza" Emmericha Kalmana oraz wielu znakomitych solistów w koncertach takich jak:„Neapol miasto spiewu", piesni opery
wloskiej… Odbyly sie równiez recitale Marii Koterbskiej, Edyty Górniak i spotkania z Beata Tyszkiewicz i Zygmuntem Kaluzynskim… Przerwalem Andrzejowi Rozbickiemu, bo móglby tak bez konca, a kelnerka z
niecierpliwoscia czekala na kolejne, trzecie juz chyba z kolei zamówienie malej czarnej. A serce przeciez jedno… Wtedy tez pomyslalem: "Oto, jak cudowna klamra zamknal sie ten reportaz o czlowieku,
który "niczym ta skorupka za mlodu nasaczon", muzyka i zdolnosciami pedagogicznymi w dojrzalym wieku - "traci". I oby jak nadluzej.
Stanislaw Stolarczyk
"Zwiazkowiec", Toronto, Maj 2001
|